Peru ludzie

Byliśmy w Luwrze Abu Zabi. Wielkie muzeum między pustynią a zatoką kosztowało miliardy dolarów.

2017.12.17 17:51 ben13022 Byliśmy w Luwrze Abu Zabi. Wielkie muzeum między pustynią a zatoką kosztowało miliardy dolarów.

Chwilę wcześniej błądziłem w labiryncie piramidy i przyglądałem się zwyczajom pogrzebowym starożytnego Egiptu. Za kilkadziesiąt minut, kilka sal dalej, obejrzę powstałe w pierwszej połowie XVII wieku w Japonii obrazy pokazujące przybycie kupców portugalskich. Sprawdzę też, jak wyobrażali sobie wizerunek Buddy mieszkańcy Chin i Indii (w VI wieku n.e.), a także Kambodży (w połowie wieku XII).
Niektóre z tych prac widziałem wcześniej w Paryżu i Nowym Jorku. Część z nich przybyła tu z azjatyckich muzeów, jeszcze inne opuściły placówki w krajach arabskich. Po raz pierwszy wszystkie spotkały się właśnie teraz nad Zatoką Perską, w miejscu, które swoją nazwę wypożyczyło z Europy. Oto Luwr Abu Zabi!
Na Wyspie Szczęścia Manarat al-Saadiyat ma być największym centrum kultury, edukacji i rozrywki na Bliskim Wschodzie. Taką decyzję podjęły przed laty władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jednego z najbogatszych państw w regionie. Na Wyspie Szczęścia położonej nieopodal centrum Abu Zabi, stolicy federacji, powstaną rezydencje, kina, centra kultury oraz muzea. Projekt miał być ukończony w 2020 roku – wtedy kiedy Dubaj, stolica sąsiedniego emiratu, będzie gospodarzem światowej wystawy Expo. Ukończony nie zostanie, bo większości prac nawet jeszcze nie rozpoczęto, ale już dziś Wyspę Szczęścia tłumnie odwiedzają turyści z całego świata. 11 listopada z wielką pompą i pięcioletnim opóźnieniem otwarto w stolicy ZEA pierwsze z planowanych muzeów – Luwr Abu Zabi. W najbliższych latach powstaną kolejne, między innymi Guggenheim Abu Zabi oraz Muzeum Narodowe im. Szejka Zayeda, który 46 lat temu zjednoczył emiraty.
Luwr widać z daleka, z mostu, który łączy centrum emirackiej stolicy z zachodnią częścią wyspy. Jest dziełem jednego z najważniejszych współczesnych architektów, Francuza Jeana Nouvela, który chciał, by budynek przypominał namiot beduinów. Pod wielką, składającą się z ośmiu warstw i 800 tys. elementów, przepuszczającą promienie słoneczne kopułą znajduje się 55 budynków, w tym 23 galerie. Z trzech stron muzeum otoczone jest wodami Zatoki Perskiej (w ZEA i innych krajach regionu nazywanej Arabską), dlatego można do niego również... wpłynąć. By sól morska nie doprowadziła do szybkiej korozji materiałów, z których zbudowano muzeum, woda bezpośrednio otaczająca budynek jest filtrowana, powstała też tama uruchamiana zawsze, gdy jachty chcą zacumować przy budynku.
Ale zniszczeń wywołanych przez naturę uniknąć się nie da. – Piasek jest bardzo agresywnym środowiskiem, a wiatr lub opary i tak będą tu przynosić sól, która może niszczyć poszczególne elementy konstrukcji – mówi Tomasz Wieczorek, polski architekt, który pracował przy budowie Luwru Abu Zabi. – Firma, która zdobyła kontrakt na czyszczenie kopuły i znajdujących się bezpośrednio nad Zatoką Perską części muzeum, będzie miała zajęcie na długie lata.
Stworzenie nowego Luwru między pustynią a zatoką musiało kosztować miliardy. Oficjalnych sum nigdy raczej nie poznamy, ale samo prawo do używania nazwy oraz wypożyczania dzieł z kolekcji różnych francuskich placówek przez 30 lat (nie tylko z Luwru, ale też między innymi z Centrum Pompidou, Biblioteki Narodowej czy Musée d’Orsay) kosztowało ponad miliard dolarów.
Dziś, gdy muzeum dopiero otwarto, przywiezione z Francji obiekty stanowią połowę zaprezentowanej ekspozycji. Liczba ta będzie maleć do chwili, gdy emiracki Luwr zbuduje własną kolekcję. Teraz liczy ona już ponad 200 obiektów, wśród nich kilkanaście stworzonych specjalnie na zamówienie – między innymi dwie prace Amerykanki Jenny Holzer, która w wielkim hallu muzeum pokazuje marmurowy relief z odtworzonym przez nią pismem klinowym z Mezopotamii, a w jednej z bocznych otwartych przestrzeni wykonany tą samą techniką w wapieniu zbiór tekstów XVIII-wiecznych, w tym fragment „Esejów” Michela de Montaigne’a.
Najnowszym elementem powstającej kolekcji (najpewniej na prawach stałego wypożyczenia) jest kupiony przez saudyjskiego następcę tronu za 450 milionów dolarów na aukcji w Nowym Jorku „Zbawiciel Świata” Leonarda da Vinci. „Salvator Mundi”, jedyne dzieło renesansowego mistrza pozostające w rękach prywatnych, być może pokazywany będzie w Abu Zabi w miejscu, gdzie w tej chwili eksponowany jest inny jego obraz, „La belle ferronniere”, który w 2018 roku wróci do Paryża.
Powstanie muzeum od lat budziło ogromne kontrowersje. Największe z nich związane były z traktowaniem robotników zatrudnionych na placu budowy, mieszkańcami państw Azji Południowej – między innymi Indii, Pakistanu, Bangladeszu i Sri Lanki. Za pracę wykonywaną w bardzo ciężkich warunkach, często w ponadczterdziestostopniowym upale, otrzymywać mogli około 2 tys. dirhamów (niecałe 2 tys. zł) – tyle wynosi w ZEA średnia pensja robotnika fizycznego. Gdy budowano muzeum, butelka wody kosztowała 2 dirhamy, chleb – około 5, podobnie paczka ryżu. Większość zarobionych pieniędzy robotnicy wysyłali do rodzinnych wiosek, by zapewnić utrzymanie całym rodzinom, które wcześniej składały się na bilet i wyrobienie dokumentów niezbędnych do podjęcia pracy w ZEA.
Przeciwko pracy w fatalnych warunkach, przez wielu nazywanych niewolniczą, protestowali artyści i organizacje praw człowieka. Ale architekt Jean Nouvel, laureat prestiżowej Nagrody Pritzkera (architektonicznego Oscara), mówił dziennikarzom w dniu otwarcia muzeum: – Przed rozpoczęciem pracy przyjrzeliśmy się miejscu i warunkom, w których żyją robotnicy. Wydaje mi się, że były lepsze od tych, które zapewnia się im w wielu innych krajach, także europejskich.
Władze Emiratów uznały jednak, że warunków, w których pracowali robotnicy, nie pokażą światu. W ciągu kilku ostatnich lat działacze na rzecz praw człowieka, którzy domagali się poprawy sytuacji osób zatrudnionych na budowie, byli wydalani z kraju.
To nie koniec kłopotów. W ostatnich dniach zainteresowanie pokazywanymi w Abu Zabi pracami wyraził rząd Iraku. Jak podała ukazująca się w Londynie gazeta „Al-Araby”, w Bagdadzie powołano rządową komisję, która ma zbadać, czy niektóre dzieła kultury babilońskiej, asyryjskiej, akadyjskiej i otomańskiej, które trafiły do emirackiego Luwru, nie są dziełami sztuki skradzionymi w czasie inwazji wojsk amerykańskich na Irak w roku 2003. A jeden z członków tamtejszego parlamentu zapowiedział, że jeśli okaże się, iż którykolwiek z obiektów należał do narodowych zbiorów, rząd premiera Hajdara al-Abadiego będzie się domagał od władz w Abu Zabi jego zwrotu.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Luwr Abu Zabi robi wrażenie, i to nie tylko jako dzieło współczesnej architektury. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich, państwie istniejącym niecałe pół wieku, gdzie na wszystkich możliwych poziomach i płaszczyznach cywilizacja wschodnia spotyka się z zachodnią, twórcy muzeum zaprezentowali wystawę opartą na pomyśle prostym i czytelnym dla każdego. W kolejnych galeriach ułożonych chronologicznie i tematycznie zestawili ze sobą obiekty z całego świata będące wytworem bardzo odległych od siebie cywilizacji.
Dostrzegam to od razu po wejściu do Wielkiego Westybulu wprowadzającego do całej ekspozycji. Na iPadzie, który otrzymuje w szatni każdy zwiedzający, czytam: „Oto wrota do galerii Luwr Abu Zabi. (...) W dziewięciu znajdujących się pośrodku gablotach prezentowane są przedmioty z odległych części świata, które łączy ogromne podobieństwo. Zestawiając je ze sobą w Wielkim Westybulu, zachęcamy zwiedzających, by zastanowili się nad tym, co stanowi treść prezentacji Luwru Abu Zabi: w jakim stopniu uniwersalność obejmuje ludzką egzystencję”.
Uwagę zwracają w pierwszej kolejności trzy piękne, wykonane ze złota i ustawione w dużej gablocie na szklanych stolikach starożytne maski pogrzebowe – z południowych Chin, Lewantu i Peru. Tuż obok, podobnie wyeksponowane, stoją trzy dzbanki do serwowania herbaty, każdy z nich pozłacany i bogato zdobiony. Pochodzą z Turcji, Indii i – najpiękniejszy, porcelanowy – z Chin.
Jest też coś dla miłośników kaligrafii – w jednej z gablot umieszczono obok siebie przybory do pisania ze starożytnego Egiptu (1550-1050 p.n.e.), pięknie zdobiony podobiznami planet piórnik wykonany w Turcji w pierwszej połowie XIII wieku oraz piórnik, w którym można było poza przyborami przechowywać także karteczki z wierszami – to dzieło japońskich mistrzów z końca XIX wieku. I wreszcie – gablota poświęcona macierzyństwu i sposobowi jego ukazywania w różnych kulturach na przestrzeni dziejów. Widzom pokazano trzy statuetki – wykonanej z brązu egipskiej bogini płodności Izydy karmiącej swojego syna Horusa (800-400 p.n.e.), wyrzeźbionej we Francji w kości słoniowej Maryi z Dzieciątkiem (XIV wiek) oraz pochodzącej z Konga drewnianej figurki matki i dziecka.
Rozglądam się dookoła i widzę zachwycone twarze zwiedzających – prosty zabieg wskazania połączeń między bardzo odrębnymi i odległymi od siebie kulturami naprawdę działa. Ekspozycja w Abu Zabi jest zapisem rozwoju człowieka bez względu na rasę czy wyznawane religie. Oto w państwie, które nie jest liberalną demokracją, udało się stworzyć wystawę, która uczy tolerancji oraz poszanowania odrębności.
Witajcie w wieży Babel Dowody na potwierdzenie tej tezy znajduję wielokrotnie w czasie blisko sześciogodzinnego spaceru po emirackim Luwrze. Bo właśnie tyle czasu potrzeba, by na spokojnie przyjrzeć się wszystkim obiektom prezentowanym w 12 galeriach, muzeum dla dzieci i wielkim hallu otwartym na wody Zatoki Perskiej.
W Luwrze Abu Zabi znaleźć można wszystko i wszystkich, nawet dekorowany dzban i miskę wykonane ze srebra przez – jak się przypuszcza – Reinholta von der Rennena ponad 400 lat temu na terenie dzisiejszego Gdańska. Duże wrażenie robi zestawienie w dziesiątej galerii muzeum sztuki państw kolonialnych i skolonizowanych. Naprzeciw olejnego obrazu Lionela Waldena pokazującego przemysłowe doki miasta Cardiff umieszczono największe osiągnięcia sztuki końca XVIII i początku XIX w. z Gabonu i Wybrzeża Kości Słoniowej. To drewniane statuetki strażników... Muzeum zadbało też o to, by zwiedzający mogli obejrzeć prace najważniejszych artystów XX wieku. Są tu wszystkie najważniejsze nazwiska: Kandinsky, Mondrian, Rothko, Warhol, Pollock, Miró, Picasso czy Matisse. Towarzyszą im tworzący w tym samym czasie artyści kubańscy i alascy, których nie spotyka się w najważniejszych muzeach świata.
Są wreszcie współcześni artyści arabscy, dopiero odkrywani przez kuratorów. Jak saudyjska artystka Maha Malluh, która w Abu Zabi pokazuje „Food For Thought”, przyczepione do ściany jedenaście przypalonych garnków. Przez lata gotowano w nich gulasz z koziego mięsa. Obok niej artysta wizualny Abdullah al-Saadi. Jego praca „Nagi słodki ziemniak” składa się z czterech obiektów przypominających wyjęte z popiołu warzywa oraz filmu, na którym twórca chowa lub wyjmuje je z ziemi. Al-Saadi, który ziemniakami, ich żeńskimi i męskimi formami, zajmuje się od kilkunastu lat, uznawany jest za narodowy skarb Emiratów.
W ostatniej części muzeum największe wrażenie robi jednak pokazywana na jej środku „Fontanna światła”, dzieło chińskiego artysty Ai Weiweia pokazywane w warszawskiej Zachęcie wiosną 2015 roku. Wykonana z dziesięciu chińskich żyrandoli i wyglądem nawiązująca do nigdy niepowstałej Wieży Tatlina, pomnika III Międzynarodówki, otoczona obiektami sztuki współczesnej z całego świata i pokazywana w stolicy ZEA przypomina raczej wieżę Babel. Doskonale pasuje do miejsca, w którym mówi się obecnie wszystkimi językami świata i które – mimo mocno niesprzyjających warunków – stało się nową ziemią obiecaną dla milionów ludzi z całego świata – od biednych robotników z Azji Południowej po miliarderów z krajów OPEC.
Gdy wreszcie wychodzę z mocno klimatyzowanych i wyciemnionych galerii, w hallu Luwru Abu Zabi szybko ogrzewają mnie przenikające przez wielką kopułę promienie słońca. Ale trafiam jeszcze na „Kiełkowanie”. Praca francuskiego artysty Giuseppe Penonego, w centralnym punkcie hallu, naprzeciwko rzeźby Rodina przedstawia... odcisk kciuka szejka Zayeda bin Sultana al-Nahyana, zmarłego w 2004 roku prezydenta ZEA. To za jego rządów rozpoczęto projekt Manarat al-Saadiyat i budowę Luwru Abu Zabi. W opisie pracy czytam, że przez rozciągające się koliście od kciuka linie Penone chciał pokazać, jak jedna prosta akcja, myśl czy decyzja może wpłynąć na wygląd niekończącej się przestrzeni.
„Kiełkowanie”, choć powstało we Francji, znakomicie wpisuje się w to, o czym na co dzień nieustannie mówią i piszą emirackie media – opowieść o tym, że dobrobyt, szczęście i bezpieczeństwo mieszkańcy niewielkiego pustynnego kraju zawdzięczają panującym szejkom. Bo to oni w ciągu jednego zaledwie pokolenia zmienili swoich poddanych z ubogich pustynnych pasterzy w prawdziwych milionerów, a teraz jeszcze na Wyspie Szczęścia dali im dostęp do najwspanialszych dzieł sztuki, które od zarania dziejów stworzył człowiek.
Źródło: http://wyborcza.pl/7,112588,22759186,bylismy-w-luwr-abu-zabi-wielkie-muzeum-miedzy-pustynia-a.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]